Powrót do Wiedźminlandu (część 1)

Powrót po latach do Wiedźmina jest pełen zaskoczeń. Zwłaszcza kiedy pamięć ma się dziurawą, co skutkuje posiadaniem specyficznej supermocy – mianowicie potrafię czytać książki po raz pierwszy więcej niż raz. Czytając więc trzeci raz po raz pierwszy Ostatnie życzenie, z okazji zbliżającego się serialu, oczywiście, no bo skoro nic nie pamiętam, to tak, jakbym nie czytała, a jak to tak, oglądać adaptację nie czytając książki?!, doznałam wielu zaskoczeń graniczących nieraz z kiełkującym podejrzeniem, że kiedyś ktoś mi powyrywał kartki z egzemplarza, którego kupowanie akurat pamiętam doskonale, choć było to bardzo dawno temu.

Po pierwsze. Nie pamiętałam Wiedźmina jako historii o pełznącej (powtórnej?) apokalipsie. Opis świata mamy w pierwszym tomie opowiadań może niezbyt rozwinięty, jest jednak jasne, że wydarzeniem epokowym, choć nie z rodzaju tych najszczęśliwszych, było pojawienie się ludzi, istot ewidentnie z innej bajki. Ludzie, jak to ludzie, zrobili wszystko, by utrudnić życie wszystkim innym. Pospychali rdzenne rasy na margines, wprowadzili nowe religie, zwyczaje i technologie. Mało tego jednak – ich obecność nawet dla samej tkanki świata nie była neutralna, lecz zachwiała całą jego równowagą. Miejscami ziemia staje się jałowa. Rośliny, których plony kiedyś były w stanie wykarmić tłumy, dziś skazują resztki plemion na głód. Wyginęło wiele rodzajów roślin – zapewne też zwierząt. Pewnie to dlatego wiedźmini mają tyle roboty; u nas na terenach zurbanizowanych grasują lisy i dziki, w Wiedźminlandzie pod mury podchodzą inne gatunki, takie nieco groźniejsze. Nawet słońce świeci inaczej. Promieniowanie zmienia kształt świata. Wszystkiemu winni ludzie. No nie powiem żeby to brzmiało jakoś szczególnie fantastycznie.

Po drugie. Nie zapamiętałam relacji Geralta i Yennefer jako tak bardzo toksycznej, na jaką się zapowiada. Wprawdzie na razie miałam tylko wzmianki o Yen i jedno opowiadanie – o ich pierwszym spotkaniu – ale ten wątek już teraz napawa mnie lekkim niesmakiem. Sporo przemocy, manipulacja, tajemnice, pretensje, żale, na które nie można poradzić, zupełna niezgodność życiowych celów. Na co wam to, serio… Dodatkowo opis, jak to spod nietypowej urody Yennefer widać złe spojrzenie garbuski, niemal mnie zraził do dalszej lektury.

Po trzecie. Rwana narracja i surowy styl. Może to dlatego, że to dopiero początek; później Sapkowski się chyba nieco rozkręcił. To akurat pamiętam. Jednak dziwna to lektura, jakby nieoszlifowana, i nie mam tu na myśli błędów, bo nie rzuciło mi się nic w oczy, ale pewną toporność, oszczędność tam, gdzie chciałoby się więcej i nadmiar w innych miejscach. Przyznam, że zdarzyło mi się przeskoczyć kilka przydługich opisów, a zarazem brakuje mi kluczowych informacji o tym świecie. Może dostanę je później, ale nie nastawiam się na zbyt wiele. Ten zbiór opowiadań to puzzle, w których brakuje tak wielu elementów, że trudno zgadnąć, co może przedstawiać pełny obraz.

Po czwarte wreszcie. Sapkowski, ty lewaku. Tyle tu jest mowy o wykluczeniu, dyskryminacji, ostracyzmie, stereotypach, rasizmie, wymuszonej migracji, spychaniu na margines, szerzeniu uprzedzeń i krzywdach wynikających z tego wszystkiego – i to nie tylko w postaciach bohaterów, którzy gdzieś tam się przewijają w tle (no i w samym Geralcie, wiadomo), ale też potworach, tak po doktorowemu. Jakby to uważni polscy czytelnicy zauważali, zamiast doszukiwać się słowiańskości, to… w sumie nie wiem co. Może te książki byłyby o wiele mniej popularne. Ta warstwa jednak sprawia, że gwałtownie te teksty stają się dla mnie takie bliskie i ważne i trochę nawet bolesne, i odczuwam pewną dumę, że to jest właśnie to, co się ostatnio tak (znów) wybija, zdobywa szanse na rozgłos za granicą i wciąga kolejne pokolenie. No warto po prostu, warto.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *