Robin Hobb to okrutna bogini

Od bardzo dawna miałam w głowie wspomnienie czytanej kiedyś książki o statkach, z którymi można było rozmawiać, i historii pełnej wartkiej akcji i niepowtarzalnego ciepła. Wiedziałam, że jest tego więcej, Robin Hobb musiała na mnie jednak długo czekać. I wreszcie się doczekała, nie w formie żywostatków jednak, a historii małego chłopca, który pewnego dnia trafia na królewski dwór, bo jest nieślubnym dzieckiem następcy tronu. Mały kamyczek, który nie wie nawet, jak ma na imię, i ogromna lawina.

Pierwszy tom trylogii o skrytobójcy, czyli Uczeń skrytobójcy, był dla mnie absolutnie ujmujący. Świat poznawany oczyma dziecka wrzuconego w zupełnie nowe otoczenie, gdzie dzieje się bardzo dużo, ale nikt właściwie nie wie, co zrobić z dzieciakiem, który z jednej strony jest dość kłopotliwy z racji samego istnienia. z drugiej – może się okazać potencjalnie przydatny, a z trzeciej to raczej dość łatwo go przeoczyć. Ten splot, że bohater jest równocześnie ważny i zupełnie nieistotny od początku buduje dziwaczną dynamikę między bohaterami i wrażenie, że Bastarda otacza bąbelek, który trudno będzie przebić, a kiedy już zostanie przebity, będzie to źródłem wielu kłopotów. Trwa więc on sobie tak zawieszony, trochę książę, a trochę żebrak, przez całe swoje dzieciństwo. Motyw osamotnienia i kształtowania narzędzia raczej niż wychowywania przypominał mi trochę Grę Endera, może dlatego tak wsiąkłam w tę książkę od pierwszych stron.

Osamotnienie Bastarda nie wykluczało jednak pojawienia się wokół plejady bohaterów – barwnych i w zdecydowanej większości sympatycznych (a w paru przypadkach ogromnie charyzmatycznych), które mogłyby sprawiać wrażenie aktorów od czasu do czasu wkraczających na scenę bastardowych dram, jednak zupełnie tak nie było. Ani przez moment nie miałam wątpliwości, że poza bąbelkiem wyobcowania bohatera zamek tętni życiem, lśni wszystkimi kolorami styk dworskiego życia i wojskowego szykowania się do wojny. Może to wszystko sprawiało, że wszelkie relacje, w które wchodził Bastard – czy to towarzyskie, czy to wynikające z nabywania umiejętności albo zobowiązań – były intensywne, a przy tym poruszające w ten ciepły sposób, który pamiętałam z przelotnego kontaktu z żywostatkami.

Gdybym miała określić pisarstwo Robin Hobb jednym słowem, wybrałabym przymiotnik „empatyczny”. Jakichkolwiek klęsk nie zrzucałaby na swoich bohaterów, a jest w tym bezlitosna i nie zna umiaru, nie opuszczało mnie poczucie, że ona ich rozumie i współczuje im; że wkłada całe serce w to, by opisując ich, oddawać sprawiedliwość ich uczuciom i emocjom, by dać im przestrzeń na wyciąganie wniosków i rozmowy o tym, co czują. Choć akcja pędzi i z każdą stroną robi się bardziej dramatycznie – z przerażającą eskalacją od końcówki drugiego i przez niemal cały trzeci tom – a bohaterów porywa huragan wydarzeń, zawsze dostają przestrzeń na to, by wyrazić to, kim są; przemyśleć swoje priorytety, zanalizować swoje emocje. Być może dzięki temu, że mamy taki dostęp do ich wewnętrznych światów, relacja z nimi zdaje się nieraz wręcz intymna – jakby się naprawdę patrzyło ich oczami, siedziało im w głowach, czuło to, co czują oni. Pisarka ma taką supermoc i nie polega ona tylko na zastosowaniu pierwszoosobowej narracji.

Uwielbiam szorstką relację z Brusem, który przez długi czas nie potrafi zdecydować, czy Bastard jest dla niego przybranym synem czy kolejnym zwierzątkiem pod jego opieką – obok królewskich koni, psów i sokołów. Z niecierpliwością wypatrywałam kolejnych spotkań z Cierniem, który potrafił zachowywać się jak wzorowy mentor – nieco surowy, ale ogromnie merytoryczny i wspierający – co wspaniale korespondowało z faktem, że jest tytułowym skrytobójcą udzielającym bohaterowi tajnych lekcji szpiegostwa i ukradkowego mordowania na wiele różnorodnych sposobów. Intrygował mnie błazen, początkowo niepozorny, w każdej swojej kolejnej scenie pozostawiający i mnie, i bohatera z kolejnymi pytaniami, by ostatecznie zachwycić i rozczulić wieloma rzeczami, z których otwarte mówienie o emocjach bez wahania wskakuje na podium (nie wątpię, że istnieją fanfiki i że je znajdę). Panujący król, ze swoim powolnym osuwaniem się w starość i ból, był jak odległy posąg, jednak już następca tronu wylądował na mojej liście najbardziej charyzmatycznych fikcyjnych postaci. Każda scena z jego udziałem iskrzy. Nie wiem, co w tej postaci robiło na mnie tak wielkie wrażenie – może to, jak splata się w nim wiele bardzo dużych, szlachetnych i patetycznych cech, a on pozostaje bardzo realny, nieprzerysowany, nie nazbyt idealny, chwilami nieco zagubiony i sfrustrowany, potrafiący mimo uwikłania, które go unieszczęśliwia, być ciągle po prostu bardzo porządną osobą. Myślę, że o wiele trudniej napisać coś takiego niż jakikolwiek inny rys charakteru. Co więcej, każda z tych postaci – i wymienione wyżej, i inne, jak choćby księżna Cierpliwa i Ketriken – dostaje swoją porcję wyzwań, które nadają im tylko nową jakość. Śledzenie ich podróży jest bardzo satysfakcjonujące.

Prawdziwa rodzina to ty, twój ulubiony błazen mówiący zagadkami i wilk, z którym komunikujesz się bez słów. Źródło: DeviantArt

Równie satysfakcjonujące było poznawanie świata – po kawałku, skokami, wraz ze stopniowym opuszczaniem przez Bastarda zamkowego kokonu. Przeplatająca się przez fabułę teoria dwóch dość minimalistycznych rodzajów magii zmuszała do małych śledztw, a zdolność bohatera do komunikowania się ze zwierzętami dodała całą nową warstwę i nietypowy punkt widzenia. Nie tylko same zwierzęce postacie były rewelacyjne – na czele z bezkonkurencyjnym wilkiem i jego własnym rozwojem jako postaci – ale też niesamowicie wzbogaciło to świat, wypełniając go bardzo namacalnymi oznakami życiowej energii i intelektu, którego mało kto jest świadomy. Krótko mówiąc, autorska empatia rozszerza się też na zwierzęta, które są wszędzie, są ważne i są traktowane zazwyczaj bardzo w porządku; są w tym wielkim konflikcie, w którym wszyscy uczestniczą, po tej samej stronie. Troska o zwierzęta jest kluczowa nawet w takich małych elementach narracji, jak wielokrotne pokazywanie, jak bohater dba o swojego konia czy zanosi wilkowi ciasteczka.

No właśnie. Wyczesywanie końskiej grzywy, podkradanie jedzenia w kuchni, wiatr wpadający przez otwarte okno, spodnie, które stają się przykrótkie, unoszący się zapach ziół rozsypanych na podłodze, dzbanek, odwrócony, by się nie zakurzył, ból starych ran, trauma, która nie przechodzi z dnia na dzień, pojedyncze merdnięcie ogonem. Nie bez powodu te książki są takie długie – to nie jest bieg od zdarzenia do zdarzenia, ale misterny gobelin z mnóstwem odcieni i szczegółów, które są bardziej lub mniej istotne, ale dzięki którym wnika się w ten świat bez wahania i można w niego naprawdę uwierzyć. Nie znika po przeczytaniu ostatniej strony. A zarazem, mimo tej mnogości szczegółów i opisów drobnych elementów codzienności, nie ma w tych opasłych tomach ani chwili nudy. Wręcz przeciwnie; gdy akcja się rozpędza, nie chce się zatrzymać, a między tymi okruchami uroku kryją się kawałki prawdziwej grozy, jak początkowo konsternujący, a po chwili przerażający motyw „jeśli się zgodzicie na nasze warunki, zabijemy jeńców, a jak nie, to ich wam oddamy” po opis pewnej niewinnej ścieżki biegnącej przez pewien niewinny las. Czułam się nieraz jak ci bohaterowie majstrujący z mocą – działała, gdy się na nią otwierali. Na mnie, gdy raz otworzyłam się na niewinny urok pierwszych rozdziałów, wszystko, co przychodziło później, spadało jak lawina, przed którą nie byłam w stanie się obronić.

I jeszcze się cieszyłam.

Pierwszy tom to dzieciństwo i poznawanie świata. Drugi – brutalne zderzenie z rzeczywistością. Trzeci – jedna wielka ucieczka, podczas której autorska empatia staje się dość męcząca. Zakładam, że celowo. Droga bohatera jest długa i kręta i mimo zwycięstwa nie przynosi satysfakcji – lecz głównie zmęczenie. To było dla mnie bardzo trafne, nawet jeśli gorzkie zamknięcie, przynajmniej tego rozdziału, przygód wszakże Bastard będzie mieć więcej. W tym momencie nie ma jednak euforii, że cel został osiągnięty, a świat uratowany. Jest nagła pustka i niemoc, i pełna świadomość, że nic już nigdy nie będzie takie samo. Lubię takie zakończenia, choć są zawsze bardzo smutne.


Robin Hobb, Uczeń skrytobójcy [Assassin’s Apprentice], Królewski skrytobójca [Royal Assassin], Wyprawa skrytobójcy [Assassin’s Quest], 1995-97, Mag 2014, tłum. Agnieszka Ciepłowska

Źródło piękna na okładce wpisu: TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *