Nikt nie potrzebuje mojej opinii o Wiedźminie

…jednak: oto ona.

Ostatnim wnioskiem, do jakiego chce się dojść w pierwszych tygodniach po uruchomieniu bloga, jest „mam dość opinii w internecie”. Ale mam dość opinii w internecie – to, że zbiegły się w czasie premiery Gwiezdnych wojen i Wiedźmina to było nieszczęście dla fanowskiej debaty, która wpadła w spiralę niezadowolenia. Nie chcę do tego wszystkiego dokładać, a równocześnie bardzo chcę zostawić tu ślad po Wiedźminie, będzie więc krótko i może uda się bez emocji.

Co Wiedźminowi wyszło?

Oddanie ducha pierwowzoru. Przez co mam na myśli ten lekko defetystyczny, ironiczny nastrój, sporą dawkę mrocznego humoru, odcienie szarości w bohaterach i brak prostych dróg do celu… czy też w ogóle celu… oraz brak jasnego podziału na dobro i zło. Nie taki iluzoryczny brak podziału, jak w Grze o tron, gdzie mieliśmy pełen wachlarz postaci, ale jednak dało się nawet te problematyczne jakoś skategoryzować, no i w ostatecznym rozrachunku były w tym dwie strony, z których jedna musiała zwyciężyć, nawet jeśli przez większą część fabuły próbowano nam wmówić, że jest inaczej. Tu tego nie ma. Nie ma celu, nie ma dobrych rozwiązań, są tylko indywidualne wybory i osobiste kodeksy, bo każdy sobie sam musi zdecydować, jak żyć.

Jaskier. Jaskier się udał. Tego chyba nie trzeba rozwijać. Aktor w tej roli jest fenomenalny, piosenki wpadają w ucho (i nie są pseudośredniowieczne!), Jaskier jest pięknem i dobrem tego serialu, tak powinno być. Dobrym pomysłem było też pokazanie, jak się z Geraltem poznają, a nie pokazanie ich od razu jako starych kumpli, dzięki czemu świat zyskał kilka szczeniaczkowych spojrzeń Bateya. Wspaniały z niego szczeniaczek.

Geralt też wyszedł, no pewnie że wyszedł. Henry Cavill kocha tę postać i to widać. Mnie ominęło szaleństwo gier, dla mnie Wiedźmin to teksty Sapkowskiego, zawsze mnie więc bardzo zaskakuje, kiedy widzę, że w tym świecie zakochał się też ktoś z tak daleka, szczególnie aktor z jednak dość wysokiej półki. A jemu tak na tej roli zależało! Fanowskie zaangażowanie musiało mu zrobić różnicę, myślę, że to dlatego w każdym „hmm” i „fuck” jest tyle treści, on ma tę postać przemyślaną na wskroś i wygląda, jakby dobrze się z nią czuł.

Nie mogłabym też nie wspomnieć o Płotce, której bycie ważną bohaterką zarysowano może delikatnie, jednak chyba nie ma wątpliwości, że to jedyna osoba, którą Geralt naprawdę kocha. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby rozmowy z Płotką miały większe znaczenie, na przykład zastąpiły część dialogów między innymi bohaterami, będąc tym miejscem, z którego dowiadujemy się o różnych Geraltowych tajemnicach.

Muszę też wspomnieć o tym jednym odcinku, który kupił mnie od początku do końca: Rare Species na podstawie Granicy możliwości. To jedno z moich ulubionych opowiadań, jednak o odcinku przed obejrzeniem słyszałam tylko, że ma gumowego smoka. Serio? Może i widziałam bardziej udane smoki, ale to miało zerowe znaczenie przy tym, jak wiernie i sprytnie to opowiadanie przeniesiono na ekran. Efekt jest piękny i ujmujący, bardzo bliski oryginałowi i z dodatkami, które bardzo zgrabnie się z nim splotły.

Co można by było lepiej przemyśleć?

Przede wszystkim postać Yennefer. Aktorka w tej roli jest niezła, często zarzuca jej się, że wygląda zbyt młodo, nie ma to jednak moim zdaniem większego znaczenia. Wątpliwości wzbudziło we mnie budowanie backstory. Trudno było oprzeć się pokusie pokazania szkoły dla czarodziejek, nie wątpię; to jednak, co w tej szkole się dzieje, nie całkiem mnie przekonało. Zgubiło się to, co w przeszłości tej postaci było najważniejsze: to, że sama siebie kreuje. Aretuza powinna była dostarczyć jej narzędzi, by mogła stworzyć siebie taką, jaką chce, za pomocą magii, a nie gościa ze skalpelem. Zamiast historii o wyrwaniu się z fizycznego ograniczenia i tworzenia siebie – i w pewnym sensie budowaniu nowej tożsamości na fundamencie iluzji – dostaliśmy zmieniającą życie operację plastyczną. Efekt niby ten sam, ale wymowa nieco odmienna. Nie podoba mi się takie przetworzenie Yennefer.

Drugą rzeczą, co do której mam wątpliwości, jest kolejność ujawniania informacji. Ułożyłabym te puzzle inaczej. Przede wszystkim zaczęłabym od zbudowania jakiejkolwiek więzi widza z Cintrą, która jest tu jedną z głównych bohaterek. Jej upadek nie robi aż takiego wrażenia, jakie mógłby, gdyby widz wcześniej zdążył się nią zachwycić. Zabrakło mi też jakiejś mocnej wskazówki na początku, że narracja jest prowadzona na kilku płaszczyznach czasowych i trzeba na to zwracać uwagę. Lubię łamigłówki, ale zajęło mi chwilę odkrycie, na co mam patrzeć, miałam też przez sporą część serialu poczucie, że za mało mnie to wszystko obchodzi, by pilnować szczegółów i angażować się w składanie tego wszystkiego w całość.

Nie do końca przekonała mnie też Calanthe, jakkolwiek szanuję podkreślanie w niej, że to królowa-wojowniczka, na pierwszej linii walk. Jest jednak straszliwie arogancka, jej zadufanie ociera się o nieostrożność i brawurę, co nie całkiem mi pasuje do tej postaci. Podoba mi się jedna z twitterowych interpretacji, że to postać, która do Wiedźminlandu trafiła przez przypadek z Gry o tron. Jest wyrachowana, używa ludzi jak pionków, jest skupiona na swojej rodzinie, bardzo nakierowana na cel i przekonana o własnej słuszności. Jednak w tym świecie nie działa to aż tak dobrze. Jest po prostu arogancką królową z ludobójstwem na koncie, która spektakularnie przegrywa.

Mam też duże wątpliwości co do Nilfgaardu, choć muszę przyznać, że bardzo nie pamiętam wątku Nilfgaardu z książek. Mam jednak mocne poczucie, że to nie powinno być typowe Mroczne Imperium. Mogli sobie też darować te aluzyjki, że tak strasznie krzywdzi ludzi, zrównując ich, to trochę retro i cały wąteczek z Yennefer narzekającą na piwo (drogie czarodziejki, jesteście kluczowym elementem feudalnego ucisku, nawet jeśli same pochodzicie z nizin, zamknijcie twarze) sprawił tylko, że chciałam zacząć kibicować Nilfgaardowi, tylko było to trudne, kiedy on jest taki Mroczny i Zły. I o co, u diabła, chodzi z czepianiem się ich zbroi? Zbroje jak zbroje, nie są raczej ich największym problemem.

No i żeby było po równo – budowanie więzi Geralta z dzieckiem-niespodzianką byłoby lepsze, gdyby… było. Spotkanie się bohaterów w ostatniej minucie ostatniego odcinka może i jest efektowne, ale doprawdy, oni nawet nie powinni się rozpoznać, a co dopiero rzucać się sobie w objęcia. Brakowało mi obudowania tego w jakieś istniejące emocje.

Cieszę się, że Wiedźmin powstał i istnieje. Może w praktyce nie był tym, czego oczekiwałam, ale jestem ogromnie ciekawa, jak się będzie rozwijać. Mam nadzieję, że twórczyni dostanie szansę opowiedzieć nam całą tę historię.

Jedna myśl w temacie “Nikt nie potrzebuje mojej opinii o Wiedźminie”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *