Trawa (Sheri S. Tepper)

Nie wiem, czego spodziewałam się po Trawie, zważywszy że sama trawa mnie zaskoczyła. Chyba metafory. Tymczasem tytułowa Trawa jest planetą porośniętą, cóż, trawą, a raczej jej niezliczonymi rodzajami, od niskich w kolorach tęczy po kilkumetrowe, z których łodyg można konstruować solidne budynki. Jak w każdej trawie, i tutaj coś się czai.

Trawa to jedna z tych książek, które odkrywasz przypadkiem, a następnie dowiadujesz się, że wszyscy twoi znajomi już ją czytali. Szkoda, że nie jest o niej głośniej, bo to niesamowicie gęsta powieść, zasługująca na więcej niż kilkaset słów, które zaraz napiszę. Jest w niej niesamowita wizja przyszłości pełnej duchowości i religii, dramatyzm związany z niepowstrzymaną epidemią, studium wewnętrznej przemiany i wyboistej drogi od „muszę spełniać oczekiwania innych ludzi i swojej religii” do „jedyne oczekiwania, które się dla mnie liczą, to moje własne”, kontakt z obcymi i kosmiczna archeologia. Olśniewające światotworzenie doprawione niemałą dawką grozy.

W nieokreślonej przyszłości ludzie skolonizowali pewną liczbę planet, na wielu z nich odkrywając ruiny wymarłej cywilizacji. Ekspansję wyhamowało przejęcie władzy przez religijny reżim, który narzucił ludzkości inne priorytety. Duchowni Świętości rządzą twardą ręką, pogrywając ludzkim marzeniem o zbawieniu, jak zwykle jednak wszystko rozbija się o władzę nad ludzkimi ciałami i umysłami. Mają fanatyczne podejście do wyznawanych dogmatów – to świat ostrych zakazów, zsyłania do karnych kolonii, porwań i przymusowego wcielania w szeregi mnichów, równoczesnego zakazu rozmnażania się ponad limit, antykoncepcji i aborcji… według logiki, która nie brzmi całkowicie nieznajomo. Kiedy wybucha epidemia, na którą nie ma szczepionki ani lekarstwa, hierarchowie robią, co w ich mocy, by ją ukryć, sytuacja jednak wymyka się spod kontroli. Postanawiają więc w tajemnicy przyjrzeć się jedynemu miejscu, gdzie nie dochodzi do zachorowań – położonej na obrzeżach skolonizowanego świata, słabo zaludnionej Trawie. Zostaje tam wysłana para krewnych Hierarchy, Marjorie i Rigo, wybrana według kryterium osobistego zaufania, a nie szczególnych predyspozycji. Wraz z dorastającymi dziećmi, drugą partnerką Rigo i dwójką zaprzyjaźnionych księży zakładają na Trawie placówkę dyplomatyczną.

Tymczasem na odizolowanej Trawie kolejne pokolenie arystokratów oddaje się przedziwnym, rytualnym polowaniom, wokół portu prężnie działa osada oddzielona od oceanu trawy pasem bagiennego lasu, zaś na najdalszym przyczółku funkcjonuje macka Świętości – kolonia, do której zsyłani są krnąbrni mnisi, z których część zajmuje się badaniem i opisywaniem ruin miasta, które pozostały po wymarłej cywilizacji. Mamy więc pięć, a w zasadzie sześć grup, punktów widzenia, graczy – Świętość, mnichów badających ruiny, dyplomatów, mieszkańców osady, arystokratów… i tubylców, czyli miejscową faunę. Ich splatanie się, próby porozumienia się i zderzanie się różnorodnych sposobów działania i celów napędzają fabułę i myślę, że to właśnie jest największym atutem Trawy.

Dyplomaci, którzy wcale nimi nie są, mają do przeprowadzenia medyczne śledztwo, choć nie są ani detektywami, ani medykami, i mają przed sobą wiele warstw, przez które muszą się przebić i wiele złudzeń, których będą musieli się wyzbyć. Także o sobie i swoich relacjach.

Najpierw jednak: nieufność ludzkiej arystokracji. Na ogromnych dworach mieszkają mocno hierarchiczne rody, które z ogromnym zaangażowaniem oddają się lokalnej rozrywce, jaką są polowania z ogarami. Tylko dlaczego tak trudno o tym rozmawiać? Dlaczego czasami nie pamięta się przebiegu kilkunastogodzinnej jazdy? Dlaczego niektórzy nigdy nie wracają… i dlaczego nikt się tym nie przejmuje?

Następnie: to, o czym nikt nie mówi. Na porośniętej trawą Trawie nikt się do trawy nie zbliża. Nie ma dróg ani ścieżek, nie ma pikników ani wycieczek, tylko nieokreślony lęk przed tymi, do których ta planeta naprawdę należy. Dlaczego tak się przyglądają ludziom? Do czego ich potrzebują?

Jeszcze dalej: Świętość, religijny reżim, wyciągający macki do odległej planety. Precyzyjnie określone role, precyzyjnie określony cel, długa lista zakazów i nakazów, a poza nimi – nic.

A nad tym wszystkim: zaraza. Im bardziej Świętość upiera się, że nic się nie dzieje, tym więcej ludzi umiera w męczarniach i nikt nie ma pomysłu, jak to powstrzymać. Jedyna nadzieja w Trawie – dlaczego tam nikt nie choruje?

Co splata wszystkie te wątki? Myślę, że najważniejsza w tym wszystkim jest komunikacja. Bohaterowie, którzy szukają wspólnego języka nie tylko z obcymi, ale przede wszystkim ze swoimi bliskimi; wymarła cywilizacja, która może nam podsunąć wskazówki, jeśli tylko zdołamy zrozumieć jej język i sposób myślenia; obcy, z którymi możemy się komunikować, ale brakuje woli wzajemnego zrozumienia. Łączenie linią tego, co dawne i obce z tym, co bardzo bieżące i naglące; teoretycznych etycznych założeń i praktycznej moralności, która może poprowadzić nas ścieżką z pozoru całkowicie sprzeczną z tym, jakie idee uznajemy za kluczowe. Kwestia szczerości, szczególnie w starciu ze sobą, kiedy wyznawane zasady okazują się nie przystawać do problemów, z którymi trzeba się zmierzyć. Komunikacja w ramach podzielonej społeczności, której części żyją w zupełnie różnych światach. Komunikacja, kiedy w grę wchodzi przetrwanie nie nas, ale tych, którzy są gdzieś daleko i którzy niespecjalnie nas obchodzą.

I wiara – bo to świat z dominującą rolą religii o różnych odcieniach, u którego sterów stoją osoby o dogmatycznym światopoglądzie i łączącą się z tym przerażającą bezwzględnością. Przekaz jest jasny – nie możemy dopuścić do władzy fanatyków, bo oni chcą nagiąć rzeczywistość do swojej wizji, a w tej rzeczywistości nie uczestniczą, nie rozumieją jej, nie reagują na nią. Kluczowa jest umiejętność przejścia ponad dogmatem i ciągłego aktualizowania swoich przekonań zgodnie z tym, co dzieje się wokół, patrzenia na dalekosiężne konsekwencje swoich decyzji, a nie tylko ich zgodność z wyznawanym kodeksem.

Wszystkie te wątki krążą wokół bohaterki – Marjorie jest kobietą w średnim wieku, matką dwójki dorosłych już dzieci, upokorzoną, zdradzaną żoną, osobą o bardzo mocnej wierze, poczuciu, co jest słuszne, oraz z ogromną potrzebą pozostawienia po sobie trwałego śladu. Jest równocześnie silna psychicznie i pełna wątpliwości, którym stawia czoła. Stara się być racjonalna, ale przygniata ją poczucie winy i presja, którą sama na siebie wywiera. Marjorie walczy ze złudzeniami i stara się postrzegać świat takim, jaki jest, nawet kiedy jej wizja świata okazuje się być niewystarczająca. Jest odważna i otwarta na doświadczenia. Wspaniała postać, przy której żaden z pozostałych bohaterów nie miał szans się specjalnie wyróżnić – może z wyjątkiem fantastycznych zbuntowanych mnichów. To jedna z najfajniejszych bohaterek, na jakie natknęłam się w fantastyce.

Trawa jest olśniewająca, bo choć wpisuje się w pewien fantastyczny schemat, podchodzi do niego z bardzo specyficznej perspektywy, kładąc nacisk w nieoczywistych miejscach. Będę bardzo miło wspominać wplątanie się w to antropologiczno-polityczno-medyczne śledztwo, w którym wszystko, od duchowości po grozę, splata się w bardzo harmonijną i satysfakcjonującą całość.


Sheri S. Tepper, Trawa [Grass], 1989, Mag 2019, tłum. Robert Waliś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *