Zakon drzewa pomarańczy (Samantha Shannon)

Nieskuszona zupełnie tytułem (choć jest piękny) sięgnęłam po Zakon drzewa pomarańczy, bo… ktoś napisał, że jest tam dobra reprezentacja. Zaskoczyło mnie to. Nie dlatego, że jest bardzo źle z reprezentacją mniejszości w fantastyce, bo jest coraz lepiej, ale dlatego, że naprawdę bardzo rzadko widzę, żeby coś było tak po prostu chwalone. Bez „ale”, bez „chociaż”, bez „mimo że”. Po prostu ktoś napisał w internecie, w którejś z lewicowych grup, że Zakon ma dobrą reprezentację i warto. Niebywałe!

Zakon drzewa pomarańczy to przygodowe fantasy opowiadające o świecie, w którym mija właśnie tysiąc lat od uwięzienia Bezimiennego. Strach przed nim jest chyba jedyną kwestią łączącą różnorodne kultury tego świata; pokonany i skuty, przebywa w morskiej otchłani, wiadomym jest jednak, że pewnego dnia się wyzwoli. Bohaterów, wywodzących się z różnych krain i środowisk, o wiele więcej dzieli: od różnych wierzeń na temat tego, co się wydarzyło w kluczowym momencie dziesięć wieków temu; przez różnice doktrynalne w wyznawanych przez nich religiach; aż po różne poglądy na temat smoków, co okaże się niezwykle istotne. Do tego po Bezimiennym i jego poplecznikach – różnego rodzaju potworach, w tym ognistych smokach i wiwernach – pozostała też choroba, na którą nie ma lekarstwa, a która przenosi się przez dotyk. Świat podzielił się więc na pół, oddzielony oceanem, lękiem i uprzedzeniami.

Świat ten poznajemy oczami kolorowej grupki postaci z różnych zakątków globu, których na pozór nic nie łączy oprócz tego, że zostają wyrwane ze swojej rutyny. Alchemik wygnany na małą wysepkę za niewywiązanie się z obietnicy; intrygująca dwórka strzegąca swojej władczyni przez skrytobójcami; przyjaciel królowej wysłany na beznadziejną misję; sierota, która szkoli się na elitarną wojowniczkę. Decyzja tej ostatniej – decyzja o niedziałaniu – jest kamyczkiem poruszającym lawinę. Początkowo drażniło mnie przeskakiwanie między bardzo odległymi punktami widzenia, bo wytrącało mnie z rytmu i utrudniało poukładanie tej naprawdę sporej dawki informacji w spójny obraz, ale wynagrodziła mi to satysfakcja, kiedy wątki zaczęły się splatać.

Czy Zakon drzewa pomarańczy zasługiwał na tamtą pochwałę? Zdecydowanie tak! Na pierwszy plan wysuwa się feminizm tej powieści – jest tam po prostu bardzo dużo świetnie napisanych kobiet: wojowniczek, królowych, dwórek, młodych i starych, podwładnych i u władzy. Sam pomysł na jedną z nacji opiera się na tym, że na jej czele od tysiąca lat zawsze stoi królowa, która ma zawsze tylko jedną córkę-dziedziczkę. Nie tylko jednak jest to władza kobiety, ale widać skapywanie tego na całą strukturę społeczną. Nie pamiętam ani jednej sugestii, by którykolwiek z ludów tego świata w jakikolwiek sposób ograniczał kobiety. W efekcie kobiety są tam wszędzie i w najróżniejszych rolach, nikogo nie zaskakując swoją sprawnością ani kompetencjami.

Zachwyciły mnie też relacje między bohaterami. Żadna z nich nie jest toksyczna; nie ma tu żadnych znęcających się ojców, bijących mężów, gwałtów ani zmuszania do małżeństwa. Nawet jedyny w okolicy Mężczyzna Na Wydaniu, jasno komunikujący, kogo ma na oku, bardzo dzielnie znosi brak wzajemności i cieszy się szczęściem kobiet, na których mu zależy, nie wyrażając ani sylaby protestu. Jedynie małżeństwa między rodami rządzącymi oparte są na politycznym planowaniu – jednak nawet tu kluczowe jest to, by obie strony wyraziły zgodę i nie są na nie wywierane zbyt duże naciski. Jeden z bohaterów żyje romansem sprzed lat – związkowi z miłością jego życia stanęły na drodze smutne dynastyczne wymagania, a nie fakt, że relacja była homoseksualna. Podobnie jest z romansem dwóch bohaterek – jesteśmy w stanie przymknąć oko, że łączą was relacje seksualne, ale trochę nie wypada tak bez oficjalnego przypieczętowania, a to nie jest godna ciebie wybranka! Fajnie byłoby poczytać fantasy bez takich klasowych różnic i awantur z tym związanych, ciągle jednak to dość świeża wizja, w której płeć zdaje się zupełnie nie mieć znaczenia. Warto też zwrócić uwagę na to, że relacja nie jest tu celem, nagrodą dla bohaterek – decyzja o wzajemnym wybraniu się to dopiero początek. Nie wpływa decydująco na inne zobowiązania. Próżno oczekiwać, by bohaterowie zrezygnowali ze swoich planów i ambicji.

Autorka – Samantha Shannon, muszę zapamiętać to nazwisko – nie boi się niczego: odważnego światotworzenia, przeskakiwania między odległymi kawałkami świata, konstruowania intrygujących kultur, intryg politycznych, bitew, romansów, lekkiej grozy – jest tu absolutnie wszystko. Bez litości krzyżuje plany swoim bohaterom, rzuca ich w miejsca, gdzie nie zamierzali się znaleźć, porzuca ich na pustkowiu, zaraża ich chorobami, pozbawia ich bliskich – widać jednak, że ma do wszystkich dużo sympatii, więc mimo obaw mogłam mieć nadzieję, że na końcu jednak wszystko będzie dobrze. Język powieści jest bardzo wartki i barwny i nawet opisy jedzenia – które autorka zdaje się bardzo lubić – są wciągające. Opisuje świat na krawędzi załamania w taki sposób, że nietrudno uwierzyć w jego wielowiekową historię – i to historię nie stagnacji, ale ciągłych zmian i powolnego kształtowania się różnego rodzaju tradycji.

Zapamiętam tę powieść też jako doskonały przykład tego, jak można używać fantastyki do wyrażania opinii na tematy bynajmniej nie odległe od naszego codziennego doświadczenia. W przypadku Zakonu myślę, że poza warstwą feministyczną takie ważne myśli są dwie: po pierwsze – uważać, kogo dopuszcza się do władzy i pilnować, by nie osunęli się w fanatyzm, religijny bądź inny. I po drugie – że trzeba aktualizować swoje przekonania, reagować na świat, przyjmować do wiadomości, że nie wszystko jest takie, jak nam się wydaje. Świat bohaterów, także ten symboliczny, rozsypuje się w proch. A oni stają na wysokości zadania i przyjmują na siebie ciężar tego, by nie szerzyć wygodnej fikcji, a nagłaśniać prawdę, nawet jeśli podkopuje ich wygodną pozycję.

Trzecia myśl zostaje wyrażona wprost: Czy świat byłby lepszy, gdybyśmy wszyscy byli tacy sami?

No i te smoki! I alchemiczne teorie! I kosmologia! I magiczne drzewa! Dawno nie miałam takiej ochoty wejść na AO3…

Ogromną radość sprawił mi też przekład Macieja Pawlaka, tłumacza, który nie boi się feminatywów. Choć miałam pewne wątpliwości co do „królewiectwa” (w oryginale zapewne „queendom”… nie mam pomysłu na alternatywę), to już każda rycerka wywoływała uśmiech. Świetnie to pasowało do ogólnie mocno feministycznej wymowy powieści i cieszę się, że tłumacz poszedł tym tropem.


Samantha Shannon, Zakon drzewa pomarańczy [The Priory of The Orange Tree], 2019, SQN 2019, tłum. Maciej Pawlak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *