Zaskakująco dużo drzwi

Ten moment, kiedy czytasz książkę, a potem drugą książkę, i trudno ci wyznaczyć między nimi granicę.

W czasach ograniczonej epidemiologicznie mobilności trafiam na same fabuły o podróżach. Jasne, trudno się dziwić, gdy sięga się głównie po fantastykę. Nie ma fantastyki bez podróży, w jakiejś formie. A też rzuca się w oczy to, czego akurat nam brakuje. Oglądam więc Picarda z jego nostalgicznym, niedopowiedzianie ostatnim wyrwaniem się z powierzchni Ziemi. Gram w gry, w których pikselowe postacie biegają po lesie, szukając lisów, albo prowadzą pełne sukcesów fikcyjne życia. (No dobra, moi Simowie nie są aż tak szczęśliwi. I rzadko wychodzą z domu. Jednak chyba częściej niż ja). Ale żeby w tak krótkim odstępie czasu trafić akurat na dwie powieści o lekko zagubionych książętach z mocą otwierania drzwi w losowych miejscach…?

Najpierw był Mroczniejszy odcień magii V.E. Schwab, powieść o równoległych rzeczywistościach i bardzo ryzykownym poruszaniu się między nimi, co potrafią nieliczni. A w zasadzie, w czasach, kiedy dzieje się akcja – tylko dwie osoby. Bohater, Kell, adoptowany przez rodzinę królewską Czerwonego Londynu, działa jako posłaniec, podtrzymujący ostatnie nici dyplomacji między Londynem Czerwonym, Szarym i Białym. A przy okazji dorabia jako przemytnik. Ciężko się oprzeć, kiedy przed oczami roztacza się wizja takiego monopolu. Musi mu się jednak, oczywiście, w pewnym momencie powinąć noga i wpada w kłopoty, w których towarzyszy mu Lila, złodziejka, buntowniczka.

Później była Nocturna Mai Motayne, powieść o alternatywnym świecie, w którym każdy, a przynajmniej bardzo wiele osób, w którymś momencie życia odkrywa w sobie jakąś szczególną zdolność. Czasami jest to coś małego i specyficznego, czasami umiejętność bardziej praktyczna i przydatna. Bohater, Alfie, jest młodszym synem pary królewskiej, który nigdy nie nastawiał się na zostanie dziedzicem tronu… a jednak, niestety, właśnie do tego doszło. Alfie kocha podróże, w czym bardzo pomaga mu jego specjalna zdolność – może w dowolnym miejscu otworzyć drzwi prowadzące nawet do odległych lokalizacji. Gdy go poznajemy, korzysta z tego, by wpadać w szemrane towarzystwo, licząc, że uda mu się znaleźć jakiś nieoficjalny sposób, by uratować brata i jednak tym przyszłym królem nie być. W pewnym momencie powija mu się jednak noga i wpada w kłopoty, których przyczyną, a następnie towarzyszką, jest Finn, złodziejka, buntowniczka.

W pewnym momencie Nocturny miałam mocne deja vu, okazało się ono jednak zupełnie prozaicznym zarejestrowaniem, że naprawdę już to czytałam i wcale mi się nie wydaje. Szczęśliwie jednak wyszło tak, że jedna z tych książek mnie zmęczyła, a druga wręcz przeciwnie – zaciekawiła i wciągnęła. Jedna była anglocentryczna (nie ma nic bardziej anglocentrycznego niż postawienie Londynu w miejscu przecięcia rzeczywistości…) i nieco toporna, druga natomiast – napisana znacznie lepiej i stawiająca w centrum kulturowych odniesień wreszcie coś innego niż miasto, bez którego najwyraźniej fantastyka nie mogłaby istnieć.

Rozmarzając się na temat różnego rodzaju magicznych portali, do których dostępu nie mam, a bardzo by mi się teraz przydały, chciałabym skupić się na Nocturnie i na tym, dlaczego, choć przeczytałam ją jako drugą i z mocnym poczuciem wtórności, dałam się jej kupić i teraz chciałabym ją polecić jako dobry adres, jeśli ktoś szuka jakościowego książkowego relaksu.

Po pierwsze, jakże to rewolucyjne – fantasy bez angielskich nazw i imion, odwołujące się do innego kręgu kulturowego. Gasp! Wprawdzie autorka jest Amerykanką, a oryginał napisany został po angielsku, da się odczuć pewną odświeżającą inność, w którą starała się wcelować. Dałoby się pójść w tym kierunku dalej i mocniej; poszukać innych skojarzeń, innych źródeł i innych wzorców, jednak jak na czytadło do poduszki, Nocturna okazała się zaskakująca akurat tak w sam raz; na tyle, by czuć się w niej znajomo, ale z ciekawością wypatrywać nowości.

Po drugie, ta powieść ma bardzo sympatycznych bohaterów. Główny, książę Alfie, choć ma wszelkie zadatki na typowego męskiego protagonistę doprowadzającego mnie do szału, nie jest nim; jest sympatyczny, nieprzemądrzały, inteligentny i empatyczny. Patrzy realistycznie na siebie i swoje możliwości, nie łapie wszystkich srok za ogon i czasami rzeczy mu nie wychodzą – i to jest w porządku, nie muszą; ważne, że kiedy zawala, ogarnia się i naprawia, co może, tak po prostu. Fakt, że ma ewidentną depresję, związaną nie tylko ze stratą brata, ale też tym, że nie ma miejsca na okazywanie i przepracowanie żałoby, a do tego przepowiednią (nie)jasno sugerującą, że z Alfiego to za wiele nie będzie, dodaje tej postaci warstwy, których się nie spodziewałabym po bohaterze z tej szufladki.

A obok niego mamy ironiczną, zbuntowaną Finn, złożoną głównie z nieprzyjemnych warstw, pod którymi kryje się solidna trauma – wiele ma w sobie ta postać z Jessiki Jones. Może nawet trochę za dużo… Sprawia to jednak, że bohaterowie, choć do samego końca całkowicie różni i pochodzący z zupełnie różnych społecznych światów, mają również wspólną płaszczyznę, choć nie bardzo chcą się nad nią pochylać.

Po trzecie, Nocturna ma przyjemną, nienachalną reprezentację. Wprawdzie oczywiście chłopak zakochuje się w dziewczynie, ale finał jest inny, niż obawiałam się mniej więcej od połowy książki, a na marginesie pojawia się pewna dawka nieheteronormatywności. Na tyle, by nie nazwać Nocturny książką z wątkiem queerowym, ale móc odhaczyć z satysfakcją, że queerowość w tym świecie istnieje i ma się całkiem dobrze.

Po czwarte, z radością chwalę polski przekład, w którym są feminatywy. Również takie nieoczywiste, jak „hersztka” i „gościni”. Mała rzecz, ale dla mnie źródło dużej radości.

Po piąte, autorka ma talent do scen akcji i utrzymywania napięcia nawet tam, gdzie nie byłoby to aż tak konieczne. Zapadła mi w pamięć jedna z początkowych scen z grą w karty – to był naprawdę dobrze napisany kawałek, w którym równocześnie nie ma problemu z nadążeniem za akcją i zarazem nie do końca wiadomo, o co chodzi. Świetnie wyważone.

Po szóste, choć wizja magii w Nocturnie nie jest może w stu procentach nowatorska, to są w niej małe, miłe czytelniczce szczegóły: jak to, że indywidualne talenty objawiają się w taki, a nie inny sposób; że ma wiele odcieni (generalnie jest dostępna, ale jej studiowanie już nie… no dobra, to mi się akurat nie podobało), że nie jest jednym, spójnym systemem, ale lekko chaotycznym żywiołem przenikającym przez cały świat. Bohaterowie wiele mogą, ale są ograniczenia ich mocy. Nie zawsze precyzyjnie określone (autorce się trochę pomieszało z Alfiem i jego otwieraniem portali…), ale zrównoważone na tyle, że w obliczu kryzysu nie znajduje się łatwych rozwiązań i trzeba się nakombinować.

Krótko mówiąc, jeśli szukacie czegoś miłego do poczytania, żeby oderwać się na parę godzin o wysoko niesatysfakcjonującej rzeczywistości, to Nocturna się nieźle nadaje.

A do tego ma obłędnie piękną okładkę.

Ach, oczywiście, obie powieści to pierwsze tomy trylogii. Nienawidzę trylogii. Sięgnę zapewne po kontynuację Nocturny, jeśli ukaże się po polsku (oby! o wiele bardziej niż trylogii nienawidzę urywania tłumaczenia serii…), ale pomysł V.E. Schwab nie wciągnął mnie na tyle, by interesowała mnie kontynuacja (choć okładki też są genialne!). Na szczęście jednak obie powieści są domknięte i doskonale sobie radzą jako fabularne całości.


V.E. Schwab, Mroczniejszy odcień magii [A Darker Shade of Magic], 2015, Zysk i S-ka 2016, tłum. Ewa Wojtczak

Maya Motayne, Nocturna, 2019, Jaguar 2020, tłum. Joanna Krystyna Radosz

5 myśli w temacie “Zaskakująco dużo drzwi”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *